Dlaczego Jezus?

Aktualności


Bike Maraton w Polanicy Zdrój za nami

2010-06-28

54Inaczej niż w latach ubiegłych, tym razem edycja Bike Maratonu w Polanicy zaplanowana została na pierwszą część sezonu. Dokładnie 5 czerwca o godzinie 11:00, przy pięknej pogodzie, nastąpił start maratonu na trzech dystansach.
Naszą grupę reprezentowało dwóch zawodników - Grzegorz Cygan oraz Paweł Gilewski. Obaj zdecydowali się pokonać dystans MEGA czyli ok. 59km.
Do mety dotarli na następujących pozycjach:
Paweł - 122. miejsce Open (41. w kat. M3 na 143 zawodników)
Grzegorz - 140. miejsce Open (21. w kat. M4 na 78 zawodników)
Dystans MEGA ukończyło 427 zawodników i zawodniczek.

Oto relacja Grzegorza:

1"Takie maratony to ja lubię. Rodzinka u boku i piękna pogoda. Czego więcej trzeba. Z tego miejsca chciałbym podziękować mojej kochanej żonie, córce i szwagierce, które dzielnie kibicowały. Przyjazd dzień wcześniej umożliwił spędzenie trochę czasu z rodziną i objazd trasy mini maratonu.
Do miejsca mojego zakwaterowania rano przyjechał Paweł, z którym po przygotowaniu sprzętu stawiliśmy się na linii startu. Ustawiliśmy się w sektorze 2 i czekaliśmy na sygnał. Odliczanie startera i jazda. Wyjazd ze stadionu na drogę asfaltową i za kilkaset metrów skręt w lewo na drogę wijąca się pod górę. Większość trasy prowadziła szerokimi drogami leśnymi gdzie można było spokojnie wyprzedzać lub być wyprzedzanym. Paweł dosyć mocno naciskał na pedał ( chyba zjadł więcej makaronu niż zwykle :-)) i musiałem nieźle się natrudzić aby dotrzymać mu koła. Trasa obfitowała w liczne, długie podjazdy, które dosyć mocno weryfikowały stawkę. Jeżeli się już wjechało trzeba było zjechać. Polanica należy do miejsc, w których zjazdy mi najmniej leżą. Po prostu duża liczba małych kamieni powoduje, że zjazd jest szybki, ale strasznie trzepie. Na jednym z takich zjazdów wpadłem w taką częstotliwość drgań, że przestałem widzieć co jest przede mną i miałem wrażenie, że zaraz kierownica wypadnie mi z rąk. Do 40km jechało mi się bardzo dobrze. Towarzystwo Pawła jeszcze bardziej mnie dopingowało do jeszcze bardziej intensywnej jazdy. Następny podjazd i zacząłem słabnąć. Nie byłem w stanie utrzymać prędkości Pawła. Po kilku minutach rozmowy przekonałem kolegę aby się na mnie nie oglądał tylko dalej jechał swoim rytmem. Od tego momentu mogłem oglądać sylwetkę Pawła jak coraz dalej oddala się od mnie. Przez ostanie 15km systematycznie traciłem wcześniej wypracowaną pozycję. W tym ostatnim etapie wyścigu wyprzedziło mnie około 30 kolarzy. Końcówka trasy obfitowała w bardzo dużą ilość błota. Na jednym z tych odcinków częstotliwość wywrotek była tak duża, jak ilość spadających liści z drzewa jesienią. Aż w końcu jest upragniona meta., na której czekał Paweł. W Polanicy również pojawił się Tomek "Pistolet" Podlecki z którym leżąc na trawie i zajadając makaron z sosem wymienialiśmy wrażenia z trasy. 1Po około 30 minutach tą sielankę zakłócił bardzo głośny wystrzał. Nasze spojrzenia i ludzi siedzących obok padły na mój rower. Co się stało? Rozerwało mi przednią oponę. Musiałem rozedrzeć boczne poszycie, przez które zaczęła wydostawać się dętka. Pierwsza myśl jaka mi przyszła, to dziękowanie Bogu, że nie stało się to podczas szybkich kamienistych zjazdów. Nawet nie chcę myśleć jakie konsekwencje mógłby przynieść taki defekt."


Relacja Pawła:

1"Po starcie na płaskiej i zatłoczonej trasie we Wrocławiu mój organizm domagał się gór więc długie Polanickie podjazdy wydały mi się ciekawą propozycją. :-) Martwiło mnie trochę dokuczające mi od dłuższego czasu lewe kolano, ale ostatecznie w piękny sobotni poranek, o wschodzie słońca, ruszyłem w stronę Polanicy. Gdy zajechałem na miejsce okazało się, że parking, zwykle darmowy, podrożał o 10zł, a do tego tłum aut nie pozwalał myśleć o szybkim znalezieniu miejsca dla mojej "srebrnej strzały". W odwodzie był plan B, czyli dojazd do miejsca zakwaterowania Grzegorza i jego rodziny, i tak też zrobiłem. Okazało się to dobrym posunięciem. Miejsca na zaparkowanie auta było sporo, a okolica piękna i spokojna. Po krótkim przywitaniu, przebraniu się, zjedzeniu i wypiciu, zmontowaniu roweru, przytwierdzeniu numerów startowych itd. udaliśmy się na start. Zostało jeszcze trochę czasu więc "zrobiliśmy" dla rozgrzewki ze dwa razy początkowy podjazd i pojechaliśmy ustawić się w sektorze. Po sygnale startera ruszyliśmy na trasę. Kawałeczek płasko, ale po chwili zaczął się pierwszy podjazd. Od samego początku jechało mi się bardzo dobrze. Mijały kolejne kilometry, a my z Grzegorzem napieraliśmy równym tempem zmieniając się od czasu do czasu na prowadzeniu. Kiedy trasa biegła po płaskim, Grzegorz trzymał takie tempo, że trudno mi było się za nim utrzymać. Kilka razy zostałem trochę z tyłu, ale dochodziłem na podjazdach. Po ok. 2h jazdy wciąż czułem się dobrze i pokonywanie podjazdów w swoim rytmie nie powodowało jeszcze bólu. Wtedy Grzegorz stwierdził, żebym nie czekał na niego tylko jechał swoje. Po kolejnych 30 minutach zaczął się mój mały dramat. Czułem, że jest moc w nogach, ale dopadły mnie skurcze. Starałem się jechać możliwie miękko i długi czas udawało mi się jechać na limicie, na takiej cienkiej granicy kiedy czujesz napięcie w nogach i wiesz, że jedno mocniejsze depnięcie na pedały może spowodować skurcz, który zrzuci cię z roweru. I tak też się stało. Na jednym z podjazdów tak mnie chwyciło, że dosłownie spadłem z roweru na bok. Skurcze mnie powaliły. Po chwili starałem się wsiąść na rower i kontynuować jazdę, ale każda próba naciśnięcia na pedały powodowała kolejne bolesne skurcze. Jakiś kolega, który mnie mijał krzyknął tylko "rozchodź to!", więc zacząłem prowadzić rower pod górę. Jak zrobiło się bardziej płasko znów spróbowałem wsiąść na siodełko. Udało się, ale czułem, że nadal jadę na granicy. Od tej pory jechałem bardzo miękko, a wszelkie większe przeszkody terenowe pokonywałem "z buta". Po paru kilometrach, właściwie już w samej końcówce udało mi się trochę opanować sytuację i choć czułem ból "poskurczowy" to mogłem wreszcie przyspieszyć bez konsekwencji. Na mecie wielka ulga, że to już koniec :-) Po chwili na "kreskę" wpadł też Grzegorz i tym sposobem ChGK zameldowała się w komplecie na mecie. Trasa dała mi się we znaki. Oprócz epizodu ze skurczami wytrzęsło mnie solidnie na długich kamienistych zjazdach. Przyznam, że nie przepadam za takimi trasami. Sprzęt też trochę ucierpiał. Luz na kasecie, luz w pedale i środek supportu do wymiany. Ale ogólnie było wesoło, a możliwość spotkania się z Grzegorzem, poznania jego rodziny, i Tomkiem, który niespodziewanie nas odwiedził na mecie - bezcenne. :-)."


   Wspierają nas:
 
   Polecamy:
Petla Beskidzka
 
   Wsparcie medialne:
Radio Pielgrzym Rowery.org
 
   Stroje wykonała Firma:
Sportgang
 
osób on-line: 5   •   dzisiaj odwiedzin: 24   •   wszystkich odwiedzin: 30199
Copyright © 2010 by ChGK  •  Serwis oparty na autorskich skryptach Marcina Zabłockiego - Zablocki.info.pl